piątek, 28 grudnia 2012

O sarmackiej muzyce nieco



Arystoteles już niegdyś ponoć powiedział, iż „muzyka wpływa na uszlachetnienie obyczajów”. I bez wątpienia miał rację. Czy wyobrażamy sobie w ogóle życie bez muzyki? Muzyka istnieje wśród ludzi, obok ludzi i w samych ludziach od zawsze. W Polsce – odkąd istnieje Polska. Ale nie będę w tym artykule prezentować historii muzyki od czasów średniowiecznych. Pominę nawet okres (choć może się trochę o niego otrę) jej wielkiego rozkwitu – czyli renesans.

Właściwym tematem artykułu będzie bowiem muzyka staropolska, muzyka dawnej Polski, muzyka okresu baroku… muzyka sarmacka… Przedział czasowy pozostający w naszym zainteresowaniu to przełom wieków XVI i XVII, cały wiek XVII, a nawet i XVIII, bo muzyka „sarmacka” swoimi wpływami sięga też lat konfederacji barskiej…

I nie ma co traktować jej po macoszemu... Jeśli wiek sarmatyzmu jest nam bliski, to i muzyka powinna być nam równie bliska.

Różne instrumenta

Zacząć trzeba jednak od tego, że istniało wiele jej rodzajów. I to nie tylko ze względu na merytorykę czy tematykę, ale także wykonawców czy słuchaczy. Inaczej muzykowano „po domowemu”, inaczej na magnackim dworze, a jeszcze inaczej w kościele. Niestety przyznać trzeba, że "wysoka", "europejska" muzyka nie była wśród zwykłej, średniej szlachty towarem popularnym, a przynajmniej tak popularnym jak liryka, jak poezja… Zdecydowanie jednak, w sarmackiej epoce, swój rozkwit przeżywa lutnia. Przełom wieku szesnastego i siedemnastego to prawdziwy „złoty wiek” tego instrumentu. Podobnie dokonuje się rozwój instrumentów smyczkowych, można powiedzieć bardzo młodych. W pracowniach choćby Dankwartów i Grobliczów wytwarzane są wówczas skrzypce (ich powstanie datuje się na lata 50. XVI wieku, a przecież do dziś zachwycają swoją istotą), altówki, wiolonczele czy gamby, a ich jakość jest wielce porównywalna do tych samych instrumentów w dalekich Włoszech tworzonych. Jeśli chodzi zaś o rozmiary „produkcji” to zapotrzebowanie na smyczkowe instrumenty rośnie stale. Zachował się spis inwentarza sporządzony w Krakowie w 1602 po lutniku, Mateuszu Dobruckim: "W drugiej skrzijni: drzewo na skrzypice, w trzeciej skrzijni: kołki gotowe także do skrzypic, form discantowijch sescz, tenorowych trzij, bassowijch trzij, skrzypic czterdzieści niedorobionych w skrzyni wielkiej w izbie, dek spodnich tenerowijch numero 23, spodnich discantowijch dek do skrzypic numero czterdzieściij sescz, jaworu do robienia na gorze skrzypic jest go wóz.” Na czym grano poza tym? Charakterystyczny był klawesyn, „pradziad fortepianu” i wirginał do niego podobny. Istniały takoż instrumenty perkusyjne: bendir – szeroki bęben obręczowy przywieziony aż z Afryki Północnej oraz  janczary – niewielki zestaw dzwoneczków przymocowanych na pasie… Charakterystyczne dla tureckich janczarów, przywędrowały i do Polski, jak wiele orientalnych nowinek.

Jak już rzekłem największym zachwytem cieszyła się lutnia. W wierszach, których w polskim baroku produkowano nad miarę, poświęcano wiele miejsca... W „Niezbędniku Sarmaty” Jacek Kowalski pisze, że wyrażano się o niej bardzo ciepło: „ucieszna lutni”, „wdzięczna kobzo”, „lutni złota”, „lutni mowna”… Wespazjan Kochowski sporządził wiersz pt. „Do lutniej”. Była więc ona jednym z popularniejszych instrumentów i z pewnością w niejednym dworku szlacheckim swoje miejsce miała. Używano jej wszakże, by zaspokoić brak albo niedobór akompaniamentu do tańca czy do śpiewu, a więc chodzi raczej o zabawy, biesiady, wesela i tym podobne zjazdy. Bynajmniej nie o żadne muzyczne wykształcenie przeciętnego sarmaty. Nie była to żadna „sztuka wysoka”, melodie były, i owszem, nieskomplikowane, ale przesiąknięte polską ludowością, związane z pewną rodzinną obrzędowością. Takoż i umiejętność gry na czymkolwiek (i tu nie mówię rzecz jasna tylko o szlachcie) – choćby na lirze czy skrzypcach – przechodziła przeważnie po więzach rodzinnych lub sąsiedzkich. Małe kapele liczyły od dwóch do pięciu instrumentów. I tu warto zaznaczyć, że nie grano mając przed sobą nuty – wszystko leciało „z pamięci” albo „na ucho”. Nut po prostu w niższych warstwach społecznych nie znano.

Pieśni dziadowskie

Skoro jednak mówimy o niższych warstwach, istniała w Rzeczypospolitej społeczna kategoria "ludzi luźnych". Do niej należeli włóczędzy, żebracy, wałęsy, hultaje, zbiegli żołnierze, et cetera. Jednakże, gdy i jakiś dziad bez oczu lub ręki zadzwonił w bramy domostwa, gościnny kmieć-Polonus nie omieszkał napełnić jego sukni chlebem. Dziad (did) taki, o którym niewiele wiadomo z jego przeszłości, przeważnie uczciwym był człowiekiem, a i moralistą, to też odwdzięczyć się umiał melodią, jeno słowami zaśpiewaną, którą potem ktoś zapisał. Warto było słuchać jego opowieści, które w sercu mu zapadły, albo żywotów świętych, które znał na pamięć. Więcej z resztą czytaj w Encyklopedii Staropolskiej Z.Glogera, który nawet niektóre z pieśni przytacza

W szlacheckim dworzyszczu

Postaram się teraz nakreślić „repertuar szlacheckich dworków”... Pewnikiem, wieczorem, tuż przed pójściem spać, w rodzinnym ognisku domowym, albo i na zabawie noc spędziwszy, przodkowie nasi zachęceni rozprawianiem o polityce wspominali dawne czasy. Dziadowi z siwą od starości brodą, która jeszcze czasy Zygmuntów pamięta, łza się w oku kręci na wspomnienie dawnych zwycięskich bitew, wspaniałych polskich rycerzy, którzy bohaterską śmierć ponieśli… Wtedy to zanuciwszy pieśń opiewającą waleczne czyny tych, którzy przywileje u królów zdobyli, wszyscy dołączają się do śpiewu… Ale kto nie pamięta tamtych czasów, a zajęty Rzecząpospolitą współczesną, wcale nie o Polsce Jagiellonów śpiewa: ten może o bohaterach wielkich bitew i wspaniałych zagonów, o których sejmik przestać mówić nie ma ochoty. Ot choćby jak wspaniałe zwycięstwo pod Byczyną w 1588 roku. Takowe pieśni, które nieraz powstawały by z sentymentem chwalić wielkość Rzeczypospolitej. Zwą się one dumami, a śpiewano je chętnie i takoż częściej pisano. Oto przykładowy tekst dumy Karolowi Chodkiewiczowi napisanej:

Ustały gody, świetne widowiska
Choć żałość wodza przenika
Tonącą we łzach małżonkę ściska
I wsiada na koń i znika.

Przykładem być może być także przez księdza Stanisława Grochowskiego ku czci Jana Zamoyskiego duma sporządzona.

Znacznie częściej wnoszono jednak toasty… Te również śpiewano, również bez akompaniamentu. A cóż się dziwić? Okazji do wznoszenia toastów było wiele: urodziny, imieniny, ślub, potem wesele… Istniała nawet praktyka zwana kuligiem: szlachta danej ziemi zbierała się w jakimś dworku, piła i jadła w nim dopóki nie opróżniła całej spiżarki, po czym wyruszano do sąsiada… i tak aż nie okrążono całego powiatu. Nie dziw więc, że i toasty często wznoszono: za solenizanta, gospodarza, jaśnie oświeconego wojewodę, albo króla… Ot, do dzisiaj nawet niektóre ze staropolskich toastów śpiewa się, choćby na Podhalu czy w Małopolsce. Przykładowe teksty toastów i ich notacje znaleźć można w śpiewniku Wacława z Oleska:

”Wypił, wypił, a nic nie zostawił,
Bodajże go, bodajże go Pan Bóg błogosławił!”

Śpiewniczek ów wprawdzie z XIX wieku pochodzi, jednakowoż znawcy historii muzyki tego okresu, owe toasty na wiek XVII datują… Link do książeczki Wacława z Oleska.

Szlachta lubowała się także w zwykłych, często biesiadnych i ludowych pieśniach i przyśpiewkach. Kto nie zna: „Naływajmo bratia”  albo „Jestem sobie panem” ? Pochodzą one z różnych przeto lat, ale w kanon muzyki sarmackiej bez wątpienia można zaliczyć.

Wojaczka

A kiedy na wojnę iść trzeba było, ażeby lepszy byt rodzinie zapewnić? W wojsku z resztą służono dla samej kariery wojskowej, która bardzo często stawała się polityczną. Nie wyklucza to jednak wcale wojennych zwyczajów, do której przywykli młodzi wojacy do obrony granic Rzeczypospolitej ochotni. Czy idąc traktem w żołnierskiej kolumnie czy w obozie stacjonując, czas muzyką dobrze jest sobie umilić. Tutaj instrument jakowyś, choćby flet,piszczałka czy szałamaja, bardzo przydatny się staje. A co śpiewano i grano? Jedną z najstarszych pieśni, a bardzo popularną i mającą wiele wariantów jest „Pieśń o kole rycerskim”. Najstarszy znany zapis z XVI wieku pochodzi i znalazł się na okładce książki wydanej w 1584, o czym pan Jacek Kowalski pisze w swojej książce. A owa pieśń żołnierska była pierwowzorem innej, „Pieśni o żołnierzu tułaczu”.

Multum pieśni takowych powstało w czasie patriotycznego zrywu konfederacji barskiej. Tu wymienić można „Pieśń Konfederatów Barskich” albo „Pieśń o Najświętszej Maryi Pannie”.

I miana pieśni „sarmackich” odebrać im z pewnością nie można.

Tańce – hulanki, swawola?

Ale chwila… Tam gdzie muzyka… tam i taniec! Jeśli kto przygrywa na szlacheckim dworze, albo nawet i magnackim, wtedy zaraz w tan się puści pan Ogończyk z panią żoną. Kto czytał „Pana Tadeusza”, ten wie, że miejsce honorowe wśród polskich tańców zajmował polonez. Tańczono także drabanta – połączenie tego pierwszego z mazurem, a także i hajduka. Ciekaw jestem jak zareagowali by współcześni potomkowie szlachty, kiedy zobaczyliby swoich przodków skaczących, wykonujących przeróżne, żywe figury, pełzających i kluczących między inszymi parami. Popularne były zapewne i zbliżone tańce do poloneza, bezpośredni jego poprzednicy, np. chodzony, polski czy marszałek.

Tańce te w różnym tempie tańczone, różne ludowe odmiany posiadały, które do dziś się wykonuje przez różnorakie zespoły tańca i muzyki, w przeróżnym tempie i metrum wykonywane były. Z reguły żywe i fikuśne – te pewnie przez plebejów częściej tańczone, ale nie brakowało, i nieskomplikowanych i dostojnych.

Na magnackim i królewskim dworze

Chętnie tańczono pewnie w zameczkach i pałacach możnej szlachty, warstw najwyższych, górnych, największych magnatów, jak na przykład Radziwiłłów. Tacy to kapele na swoje dwory spraszali i muzyków na stałe zatrudniali. Prym oczywiście wiódł król. Już król Zygmunt Stary zorganizował na Wawelu Kapelę Rorantystów. Był to zespół wokalny, wykonujący pieśni podczas królewskich mszy świętych w Kaplicy Zygmuntowskiej oraz w większe uroczystości w Katedrze na Wawelu. Repertuar obejmował tu bardzo ambitne utwory włoskich kompozytorów, a więc nie śpiewali oni prostych kościelnych pieśni. Kapela owa przetrwała aż do 1794 roku…

Król Władysław IV Waza natomiast był miłośnikiem opery, w przeciwieństwie do swego ojca. Na Zamku Królewskim specjalnie, z myślą o operowym repertuarze wydzielił salę do ich wykonywania. W tym celu zaprosił do Polski operową trupę włoską pod kierownictwem Marco Scacchiego. Działalność władysławowskiej opery zainaugurowano operowym spektaklem na cześć pokoju podpisanego w Polanowie. Co ciekawe, opera warszawska czasów drugiego Wazy była pierwszą stale działającą sceną operową w Europie (do 1648 roku).

Miała także Polska swoich kompozytorów. Należeli do nich przeważnie duchowni i mieszczanie. Polskim „Handlem” nazwano księdza Grzegorza Gorczyckiego, który pozostawił po sobie sporo genialnych rękopisów muzyki kościelnej. Zachowały się też dane o muzyce świeckiej; ta jednak nie odnalazła swoich źródeł. Kompozytorami, których dzieła podziwiać możemy byli również muzycy Kapeli Królewskiej, jak np. Adam Jastrzębski czy Bartłomiej Pękiel, a inni wielcy to np.: Jacek Różycki, Marcin Żebrowski czy Mikołaj Zieleński. Pisali oni msze, koncerty, sonaty, oratoria i kantaty – te typy muzyki przeżywają w baroku swój rozkwit. Niektórzy uczą się od zapraszanych przez magnatów włoskich twórców. Wielu z nich czerpie naturalnie ze zdobyczy muzyki renesansowej. W tej dziedzinie Rzeczpospolita wydała bowiem takich geniuszy jak Mikołaj Gomółka, Wacław z Szamotuł czy Jan z Lublina. Choć przeważała muzyka kościelna, organowa, to nie można odbierać roli świeckiej muzyki, zwłaszcza smyczkowej – a barok to prawdziwa jej eksplozja. Tutaj wspomnieć należy o liryce mieszczańskiej, do której często, a chętnie muzykowano.

Muzyka mieszczańska

W wieku XVI i XVII powstawały padwany – pieśni o tematyce miłosnej, nawiązujące głównie do renesansowej muzyki włoskiej. Popularna była melodia „A laeta vita” Giovanni Giacomo, do której pisano tekst po polsku. Padwany cechowała różnorodność charakterystyczne formy odzwierciedlenia nastroju i różnorodność zwrotkowa. Tworzone były, i śpiewane, przeważnie przez mieszczan. Przykładowy tekst jednej ze strof takiej piosenki, nieznanego autora, o tytule „Sarabanda”:

„Przyjmę więzienie, jeśli baczenie miłosierne będzie,
Ręce i nogi dam w okow srogi
I serce zasiędzie.”

Oto zaś link do Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej, gdzie znajduje się zbiór pieśni Pt. „Pieśni, tańce, padwany”.

Mieszczanie zajmowali także swoje miejsce  w muzyce organowej i kościelnej. Z wymienionych wyżej w artykule polskich kompozytorów, przeważająca część z nich nie może się pochwalić szlacheckim pochodzeniem.

W kościele

Laur pierwszeństwa należy się jednak muzyce kościelnej. Duchowni są w tym czasie wykształconą muzycznie warstwą ludu, zaś sam duch epoki nakazuje, aby katolicyzm kusił reformatów spełnieniem wszelkich zmysłów. Stąd, przy bardzo specyficznej, żywiołowej, emocjonalnej pobożności ludu prostego, wśród wystawnych procesji Bożego Ciała, uroczystych mszy i nabożeństw, pojawia się muzyka, która rozbrzmiewa zarówno w małych wiejskich kościołach, jak i wielkich katedrach. Powstaje wówczas mnóstwo pieśni, które są śpiewane do dziś. Polska posiadała specjalnie od Stolicy Apostolskiej przywilej, ażeby móc wykonywać ludowe pieśni kościelne czy kolędy lub pastorałki w czasie mszy, podczas trwania jej części. I kiedy na przykład ksiądz z łacińska recytował „Credo”, organista zaraz na nutę „Wśród nocnej ciszy” intonował:    

„Wierzę w jednego Boga na niebie:
Ojca, co ten świat stworzył dla Siebie;
I w Jezusa, Syna Jego,
We wszystkim Ojcu równego
Pana naszego.”

Rozpowszechniła się owa pieśń powyżej co prawda pod koniec wieku XVIII, ale jako przykład ją daję, bowiem w wieku XVI i XVII pieśni kościelne zaczęły nawiązywać głównie do poszczególnych elementów celebracji liturgicznych.

Co zaś się tyczy kolęd polskich, to popularne były one wielce w czasie Bożego Narodzenia i parę tygodni po nim… aż do święta Matki Boskiej Gromnicznej (od gromów chroniącej). Snadź długo świętowano boskie narodziny… Śpiewano w rytmie poloneza „W żłobie leży”, a w wieku XVIII przez Franciszka Karpińskiego „Pieśń o narodzeniu pańskim”; od pierwszych słów kolędę ową zwano „Bóg się rodzi”. Najstarszą polską kolędę stanowi „Zdrów bądź Królu Anielski” – z 1424 roku, a więc czasy króla Władysława Jagiełły. Długa jest więc tradycja polskiego kolędowania.

Zainteresowanych szerzej tematem muzyki „sarmackiej” – bo bez wątpienia tak nazwać można muzykę tworzoną przez Sarmatów, ludzi epoki polskiego baroku i pozostającą w kręgu ich zainteresowań – polecić mogę następujące linki:


Polecam także „Niezbędnik Sarmaty” przez Jacka Kowalskiego – płyta będąca dopełnieniem książki, która nie tylko o muzyce, ale również i o sztuce i kulturze Sarmacji traktuje.

Czytelnikom zaś artykułu miłych muzycznych wrażeń życzę: czy to na sesji gry „Dzikie Pola”, czy wśród publiki na koncercie muzyki dawnej czy na biesiadzie urodzinowej podczas toastu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz